drath_ronja01.jpg

Astrid Lindgren „Ronja, córka zbójnika”, reż. Anna Ilczuk, Teatr Powszechny, Warszawa 2020. Fot. Natalia Kabanow

Ronja, czyli przekładaniec lata

Justyna Drath
W numerach
Listopad
2020
11 (768)

– Uważaj na Wietrzydła, Szaruchy i zbójców Borki. 
– A jak poznam, że to są Wietrzydła, Szaruchy i zbójcy Borki? – zapytała Ronja.
– Zauważysz – odparł Mattis.
– Aha – powiedziała Ronja.

Znamy tę opowieść od lat: w otoczonym lasem zamku Mattisa mieszka banda mało rozgarniętych i nieokrzesanych zbójców, a na świat przychodzi dziecko, które w zamyśle ma odziedziczyć po ojcu całe przedsięwzięcie. Dziecko jest dziewczynką, ale to w niczym nie zmienia planów. Zanim Ronja pozna i zrozumie ten porządek a także konieczność wyznaczoną przed jej narodzinami, musi odkryć, kim jest w świecie i gdzie są wytyczone jego granice. Będzie też namacalnie poznawać, co oznaczają słowa i pojęcia, wśród których przyszło jej wzrastać. Ronja, córka zbójnika Astrid Lindgren jest więc książką o tym, że dorastamy w świecie opisanym nam przez rodziców, jednak nieubłaganie stajemy przed faktem, że wygląda on z naszej perspektywy inaczej. Dostajemy zarówno kategorie, jak i opisy rzeczywistości w spadku po nich: zbójcy Borki to śmiertelni wrogowie, a rabowanie to rzecz, którą „od zawsze się robiło”.  

W 2016 roku Ronję… wystawiła w łódzkim Teatrze „Pinokio” Karolina Maciejaszek. W tym przedstawieniu rządzić miały dziewczyny – to kobiety grały rolę zbójników. Reżyserka tłumaczyła wówczas, że jest to jej diagnoza dotycząca również teatru, w którym pracuje więcej kobiet.

drath_ronja_fot_ha_wa.jpg

Astrid Lindgren „Ronja, córka zbójnika”, reż. Karolina Maciejaszek, Teatr Pinokio, Łódź, 2016. Fot. HaWa

Teraz książkę Astrid Lindgren w warszawskim Teatrze Powszechnym wyreżyserowała Anna Ilczuk. Spektakl zaskakująco wiernie trzyma się tej historii, nie rezygnuje ani z realizmu, ani z umowności, idealnie balansując pomiędzy jedną a drugą konwencją. Mimo że treść książki aż kusi, aby w takim teatrze, jak Powszechny uczynić z tej historii opowieść tylko pozornie skierowaną do dzieci, przedstawienie pozostaje z nimi w całkowitej symbiozie – przyjmując optykę pełną humoru i beztroskiej naiwności. Dorośli nie są jednak z tej perspektywy wykluczeni – w końcu historia opowiada głównie o ich niepokojach, którymi karmi się młodszych podopiecznych, i o tym, jak je pokonać.

Ronja jednak od samego początku ma także pomysł, jak rozbrajać lęki dorosłych i reagować na ich ostrzeżenia: za pomocą konfrontacji. Jeśli mam uważać, żeby nie wpaść do rzeki, to przecież nie mogę uważać na to z dala od niej – zauważa bohaterka. Dlatego wszystkie przestrogi ojca traktuje jako wskazówki, żeby robić dokładnie to, co najbardziej budzi jego obawy. O ile dorośli przedstawieni w Ronji głównie czegoś unikają, dzieci wiedzą, że jedynie świadomość i zmierzenie się z tym, jak wygląda rzeczywistość to recepta na czucie się częścią świata. A ten, jak zauważa dziewczynka, okazuje się bardzo duży, większy niż to, co jesteśmy w stanie pojąć. „Nawet ogromny Zamek Mattisa nie był całym światem. Nawet wysoka Góra Mattisa nie była całym światem, nie, świat był jeszcze większy. Był taki, że zatykało dech w piersiach”. Świadomość bycia częścią większej całości i niezagarniania wszystkiego pod siebie to jedna z najważniejszych lekcji, które dziewczynka dostaje od lasu. Wszystkie jej późniejsze konstatacje są konsekwencją tego poczucia, ale też mądrości zdobywanej w pokonywaniu swojego strachu. 

Astrid Lindgren zbudowała swój tekst na kontraście: dziewczynka funkcjonuje w męskim świecie opartym na przemocy. Jeśli dodamy do tego wątki klimatyczne, wspólnotowe i walkę pokoleń, można było osiągnąć wrażenie nieznośnego i grubociosanego moralitetu. Ale wcale tak się nie dzieje, Anna Ilczuk w swoim przedstawieniu pokazuje, że dorośli, chociaż tacy anachroniczni i lękowi, dają się też lubić. Popełniają błędy i są nieporadni. Wycofują się ze swoich decyzji, obrażają się tak samo jak dzieci, nie są od nich wcale specjalnie dojrzalsi. Ronji jednak daleko do Pippi Langstrumpf, od anarchizmu i buntu woli łagodne trwanie wśród więzi osadzone w uniwersum natury. Skoro las należy do Mroczniaków, Wietrzydeł, lisów i ludzi w równym stopniu, żadne ludzkie podziały nie mają sensu. Zresztą nawet same Wietrzydła, w książce namacalnie groźne, w spektaklu pozostają niematerialnym widmem, w sumie nieistotym dla bohaterów. Dlatego z dorosłymi nie ma sensu walczyć, trzeba dać im czas na zrozumienie, że z ich własnymi głowami jest im raczej trudniej niż łatwiej.

W scenach potyczek śmiertelnego sporu zbójcy Borki i Mattisa są grani przez tę samą grupę aktorów, tak jakby były one widziane z perspektywy Ronji: świat podziałów nad przepaścią został ustanowiony absurdalnie i arbitralnie, ale tak naprawdę nie ma znaczenia, kto jest w której zbójeckiej bandzie. Młode pokolenie unieważni zastany porządek władzy, bo bardziej niż to, kto jest hersztem albo kto należy do właściwej bandy, będzie dekonstruowało samą ideę tego zajęcia.

W przedstawieniu udało się uchwycić możliwe tylko w dzieciństwie przemieszanie grozy i beztroski, dynamiki zmieniających się nastrojów i powagę doniosłych momentów. I przede wszystkim radość, wynikającą z umiejętności przyszpilenia chwili. Ronja wie, że cieszyć się z tego, co jest, trzeba na zapas, tak jakbyśmy zawsze mieli możliwość wzmocnić się na gorsze czasy: 

Ja wsysam w siebie lato tak jak dzika pszczoła wsysa miód – […] – Zbieram wszystko w jedną dużą bryłę lata, żeby żyć nią, kiedy... kiedy nie będzie już lata […]. To jest taki wielki przekładaniec, są w nim wschody słońca i czarne jagody na gałązkach, i piegi na twoich ramionach, i blask księżyca nad rzeką wieczorami, i niebo pełne gwiazd, i las, i upał południa, kiedy słońce złoci sosny, i przelotne deszcze wieczorne, i wszystko inne, i wiewiórki, i lisy, i zające, i łosie, i wszystkie dzikie konie, które poznaliśmy, i to, jak pływamy, i jak jeździmy konno po lesie, tak, to jest cały ogromny przekładaniec z tego wszystkiego, co jest latem!

Rozmowa, która rozpoczyna przedstawienie Anny Ilczuk, wydaje się najlepszą instrukcją inicjacji do bycia w świecie. Dorosły jest tym, który przekazuje, na co trzeba uważać, ale w gruncie rzeczy nie wie wiele więcej od nas. I w optyce Ronji dojrzewanie nie jest procesem, który dotyka tylko dzieci. Dorosnąć muszą wszyscy. Spektakl przypomina o tym, że książka Astrid Lindgren jest w gruncie rzeczy o marzeniu o świecie, który byłby rządzony przez młodsze pokolenia – bardziej świadome, mniej lękowe, bardziej odpowiedzialne, które – jak protestujący ze strajków klimatycznych – widzą fałsz pewnych odwiecznych oczywistości, na który zostały skazane przez dorosłych. 

drath_ronja02.jpg

Astrid Lindgren „Ronja, córka zbójnika”, reż. Anna Ilczuk, Teatr Powszechny, Warszawa 2020. Próby plenerowe do spektaklu. Fot. Natalia Kabanow

Ale o ile taka wizja rządów w książkach Korczaka może jedynie obnażać grozę mechanizmów władzy, w szwedzkiej optyce jest ona przepojona optymistyczną beztroską, pozbawiona gwałtownych ocen dorobku starszego pokolenia. Nie godząc się na status quo, nie niszczymy poprzedniego świata, lecz czynimy go lepszym. Robimy dokładnie to, przed czym przestrzegają nas rodzice. Ale nie po to, żeby się na nich złościć, tylko żeby móc czerpać z życia więcej niż oni. 

Udostępnij

Absolwentka polonistyki i filmoznawstwa na Uniwersytecie Jagiellońskim. Nauczycielka, publicystka, aktywistka społeczna.