Julia Holewińska

Udostępnij

Przykro było patrzeć, jak przegrywają z Eurypidesem, Shakespeare’em, a nawet z poślednimi Niemcami o solidnych imionach Dea, Andreas i Falk. Jak otwierane dla nich drzwi zamykają się szybko z piskiem urzędniczego skandalu. Jak nawet ich sojusznicy i kibice opisując ich, używają języka ich oponentów.

W związku ze zmianą społeczno-ustrojową, jaką przyniosło trzydzieści lat temu obalenie w Polsce komunizmu, wszystkie obszary życia publicznego, w tym teatr, musiały ulec przedefiniowaniu. Dla polskich scen oznaczało to reformy organizacyjno-administracyjne, finansowe, repertuarowe, estetyczne, artystyczne, ale także społeczne. Efekty transformacji społeczno-politycznej po przełomie 1989 roku były bowiem widoczne w polskim teatrze na każdym poziomie jego funkcjonowania – jako instytucji i jako sztuki.

W spektaklu Hiroshima / Love o katastrofie ekologicznej niemal się nie mówi. Jest ona jednak obecna za sprawą przywołanych przez twórców i twórczynie obrazów przeszłych katastrof – Holokaustu, zrzucenia bomby atomowej na Hiroszimę czy wybuchu elektrowni jądrowej w Czarnobylu. Katastrofy te rozpalały myślenie finalistyczne i wyzwalały obwieszczenia końca historii.

Mord masowy – oczywiście. Zbrodnia wojenna – na pewno. I zapewne też ludobójstwo, mimo sporów prawników. Wina w każdym razie nie budzi wątpliwości. A jednocześnie nad grobami rozkopanymi wiosną 1943 roku od początku zawisła klątwa. Niemcy liczyli, że ujawniając radziecką zbrodnię osłabią sojusz Zachodu ze Stalinem, a w rezultacie tylko ostatecznej marginalizacji uległ rząd londyński, który wbrew woli aliantów upominał się – bo inaczej nie mógł – o pomordowanych oficerów.

Udostępnij